27 października 2018

Szkoly naszego regionu w okresie miedzywojennym

Z. Podgórski, Sieć szkolna i realizacja powszechnego nauczania w powiecie wieluńskim. Dod. do: Dziennik Urzędowy Kuratorjum Okręgu Szkolnego Łódzkiego. 1928, nr 6

 Powierzchnia gmin wg spisu z 1921 roku

s. 6

Ilość dzieci w poszczególnych gminach



s. 8
s. 7

Projekt obwodów szkolnych (1928)



 s.14

16 września 2018

Aptekarze w Kraszewicach w czasach II Rzeczpospolitej


Informacje na temat kraszewickich aptekarzy przed II wojną światową możemy odnaleźć w cyklicznej pozycji: Urzędowy spis: lekarzy, lekarzy-dentystów, farmaceutów, felczerów, pielęgniarek, położnych, uprawnionych i samodzielnych techników dentystycznych 
W roku 1931 aptekę w Kraszewicach prowadził Ignacy Paszyn (ur. 1879 a praktykujący od 1909 roku). Zarządzającym apteką i jej właścicielem był Zygmunt Rózycki , ojciec słynnego polskiego kryptologa Jerzego Rózyckiego. Zygmunt Różycki zmarł w tym samym roku w Kraszewicach i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Wiecej na temat tej postaci możemy przeczytać w artykule p. Elżbiety Szczuki Pochodził z ciekawej rodziny
a także na blogu zwiazki-kraszewic-ze-synnym-kryptologiem.html
Najbliższe apteki funkcjonowały wtedy w następujących miejscowościach:
Lututów, p. wieluń., (w.), Wyganowski Józef
Grabów, p. kępiński., (n.), Luborzewski Bolesław
W 1935 r. aptekę w Kraszewicach prowadził Witold Buźkiewicz (ur. 1890r.,  praktykę apteczną prowadził od 1928 roku) . Oprócz działalności farmaceutycznej pełnił szereg funkcji społecznych. Był skarbnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Kraszewicach, należał do koła miejscowego Ligi Ochrony Powietrznej Państwa oraz gminnego oddziału Powiatowego Komitetu Pomocy Ofiarom Powodzi, którego był skarbnikiem. Przed 1939 r opuścił Kraszewice i prowadził aptekę w miejscowości Michałowo
Informacje na temat Witolda Buźkiewicza m.in  z pozycji:
Wilczyński Władysław, Informator wieluński, data powstania dokumentu: 1935, adres wydawniczy: Wieluń : [s.n.], 1935 (Wieluń : J. Jędrzejewski)



31 sierpnia 2018

Losy obelisku Józefa Piłsudskiego i żołnierzy wojny 1920 r.

 W związku ze zbliżającą się 100. rocznicą odzyskania niepodległości polecam lekturę  artykułu

Powrót Marszałka - losy obelisku Józefa Piłsudskiego i żołnierzy wojny 1920 r.

Opracowanie Państwa Agnieszki i Artura Chowańskiego z 2012 roku można przeczytać pod adresem

Losy obelisku Józefa Piłsudskiego i żołnierzy wojny 1920 r.

Źródło:  http://www.mapakultury.pl

24 sierpnia 2018

Galeria przodków - Andrzej Krzywaźnia (1814-1853) – kowal fryszerki z Kuźnicy Grabowskiej

Dzieciństwo
Andrzej Krzywaźnia przyszedł na świat w samo południe 27 listopada 1814 w domu pod numerem 10 w Kuźnicy Grabowskiej. Jego ojciec Jakub Krzywaźnia pracował jako „kowal Huty Żelazny w Kuźnicy” a matka Franciszka z Pilarzów prowadziła gospodarstwo domowe. Akt urodzenia Andrzeja spisał dzień później ks. Antoni Rytterski urzędnik stanu cywilnego  w obecności Wojciecha Wolarza i Wojciecha Kochańca rolników z Kuźnicy udzielając zapewne wtedy chrztu.
Andrzej był czwartym z dziewięciorga ustalonego rodzeństwo. Przed nim urodzili się:
Walenty (1806), Katarzyna ( 1808)  i Jan (1810). Jego dzieciństwo, tak jak i całej rodziny związane miejscem pracy ojca; potężnym jak na owe czasy ośrodkiem hutniczym, zlokalizowanym w Kuźnicy Grabowskiej nad rzeka Łużycą. Zapewne podobnie jak bracia sposobił się do podjęcia pracy w hucie. W rodzinie w następnych latach rodziły się kolejne dzieci: Szymon (1816), Józef (1819), Jadwiga (około 1820), Elżbieta (1822) i Tomasz (1823)
Śmierć Ojca
W wieku 17 lat 29 grudnia 1831 roku umiera ojciec Andrzeja, Jakub Krzywaźnia. Zgon ojca zgłaszają starsi bracia Andrzeja, Walenty i Jan. Obydwaj byli już wtedy kowalami przy hucie. Można przyjąć, ze wtedy podejmuje pracę w niej również Andrzej. Kowalstwa zapewne wyuczył się przy ojcu i starszych braciach.Ceremonię pogrzebową odprawił ks. Krajewski.
Kowal w Smugach
Co najmniej od 2 maja do 25 lipca 1837 roku pracował jako kowal we fryszerce Smugi w parafii Kaszewice. Kaszewice to wieś położona obecnie w województwie łódzkim, w powiecie bełchatowskim, w gminie Kluki, ok. 10 km na południowy zachód od Bełchatowa.
Andrzeja odnajdujemy w aktach metrykalnych parafii Kaszewice, gdzie jest świadkiem urodzenia dzieci kowali tamtejszej huty. Tam też prawdopodobnie poznaje swoją przyszłą żonę Agatę, której mąż również kowal Augustyn Jedrasik umiera w Smugach 8 marca 1836 roku pozostawiając ją i ich córeczkę Katarzynę.
W Smugach w późniejszym czasie pracował także młodszy brat Andrzeja -Szymon, który po ożenku w 1838 był kowalem huty w Krzyżankowicach. Jego żona Franciszka z domu Bittner przebywała wtedy z nowonarodzonym dzieckiem w Kuźnicy Grabowskiej przy swoich rodzicach. 20 lutego 1839 roku w Smugach zmarł pięciomiesięczny Józef syn, Szymona, który pracował wówczas jako kowal w miejscowej fryszerce. W latach pięćdziesiątych XIX wieku Szymona odnajdziemy w Doruchowie.
Powrót do Kuźnicy Grabowskiej
W swojej rodzinnej miejscowości Kuźnicy Grabowskiej ponownie Andrzej znalazł się na pewno przed 6 kwietnia 1838 roku. Wtedy to jest chrzestnym Wojciecha Libawskiego z Kuźnicy i pracuje jako kowal w miejscowej hucie.
Cale dorosłe życie Andrzeja związane było z pracą w hucie żelaza w Kuźnicy Grabowskiej. W tym czasie dobra grabowskie zmieniły właściciela. Nowym właścicielem dóbr grabowskich po ks. Michale Hieronimie Radziwille został na początku XIX w. Atanazy hr. Raczyński. Od ok. 1825 r. dobrami jego zarządzał dzierżawca Jan Wierzbicki. Po śmierci J. Wierzbickiego r. wdowa po nim Marianna z Ochanowskich Wierzbicka w 1839 hutę  w Czajkowie i 2 huty w Kuźnicy Grabowskiej wydzierżawiła Samuelowi Boruchowi Lindauowi, dzierżawcy 2 fabryk żelaznych w Lipiu i Dankowie. W kontrakcie zawartym pomiędzy Marianną z Ochanowskich Wierzbicką a Samuelem Boruchem Lindauem wymienia się nie tylko fryszerki ale i hutę w Czajkowie i 2 huty w Kuźnicy Grabowskiej, z czego należałoby wnioskować, że z Grabowa przeniesiono fryszerkę albo wielki piec do Kuźnicy Grabowskiej. Z treści wyjątków tego kontraktu wynika, że w Czajkowie, jak i Kuźnicy Grabowskiej, egzystowały 3 wielkie piece i 3 sprzężone z nimi fryszerki. Wyposażenie hut i technologia produkcji żelaza nie odbiegała od ich największej świetności w końcu XVIII w. W hutach w dalszym ciągu zatrudnieni byli chłopi pańszczyźniani oraz ludzie najemni do których należał Andrzej. Huty żelazne, mimo postępu w koksownictwie jaki się zaznaczył na Śląsku, były opalane węglem drzewnym. Asortyment produkcji hutniczej był bogaty, na co wskazuje istnienie w tym czasie szlifierni mechanicznej o napędzie wodnym, której nie notowały źródła osiemnastowieczne. Gotowe żelazo lub jego przetwory były przeznaczone na potrzeby rynku lokalnego, w tym również na zaopatrzenie dóbr grabowskich.
Ślub z Agatą Jendraszek
W wieku 26 lat 6 września 1840 Andrzej żeni się z wspomnianą wdową Agatą, córką Jana i Marianny Zielińskich dawniej mieszczan w Grabowie. Ślubu udzielił ks. Jan Ludwik Krajewski.  Z tego związku 8 marca 1841 urodził się Franciszek. Świadkami jego chrztu byli: Godlib Lika i Andrzej Suchanek obydwaj z Kuźnicy Grabowskiej. Chrzestnymi Franciszka byli Godlib Lika i Anna Karpowa.Chrztu udzielił ks. Jan Ludwik Krajewski.
Śmierć Agaty
Pierwsza żona Andrzeja Agata umiera 6 stycznia 1844 pozostawiając męża i dwoje dzieci; drugie z pierwszego małżeństwa z Jedrasikiem. Świadkami jej aktu zgonu był Jan Krzywaźnia frysierz lat 33 brat Andrzeja i Walenty Humieja gospodarz z Kuźnicy lat 38. Pogrzeb odprawił ks. Adam Podborski
Drugie małżeństwo
Potrzeba opieki nad małymi dziećmi sprawia prawdopodobnie, że Andrzej szybko powtórnie się żeni. Drugi ślub zawiera 23 czerwca 1844 roku z panną Józefą Błaszczyk (ur. 24.02. 1819), córką już nie żyjących Mikołaja i Marianny Błaszczyków zamieszkałych dawniej w Mielcuchach.  Ślubu udzielił ks. Jan Cehulan.
Z tego związku 10 sierpnia 1845 urodził się Roch Józef. Świadkami chrztu z 10 sierpnia 1845 byli Ignacy Kurek i Andrzej Kiełb gospodarze z Kuźnicy a chrzestnymi Ignacy Kurek i Bibianna Krzywaźnia (żona brata Jana). Chrztu udzielił ks. Adam Podborski.
Drugim dzieckiem Andrzeja i Józefy była Anna. Urodziła się 13 lipca 1849 roku. Świadkami jej aktu chrztu byli Jan Krzywaźnia i Marcin Dziadek gospodarze z Kuźnicy Grabowskiej. Chrzestnymi byli Jan Krzywaźnia i Józefa Kołaczek z Kuźnicy Grabowskiej.  Chrztu udzielił ks. Adam Podborski. Anna żyła niespełna dwa lata; zmarła 26 maja 1851. Świadkami jej aktu zgonu z 28 maja 1851 byli Ignacy Kurek i Marcin Kołaczek. Pogrzeb odprawił ks. Adam Podborski.
Trzecim w kolejności dzieckiem tego małżeństwa był pradziadek autora tego opracowania Marcin. Urodził się 28 października 1851 roku. Świadkami jego aktu chrztu z 2 listopada 1851 roku byli  Marcin Kołaczek (55) i Kazimierz Bednarek (38) a chrzestnymi był Marcin Kołaczek i Agata Kurkowa. Chrztu udzielił ks. Adam Podborski. W tych aktach Andrzej określany jest jako wyrobnik a w akcie zgonu jako frysierz. Można przyjąć, że do końca życia pracował w miejscowej fryszerce.  
Warto wyjaśnić następujące staropolskie pojęcia:
Fryszerka to piec w którym surowiec wygrzewają, przetapiają i kują.
Fryszerz to majster, który żelazo surowe przetwarza, przetapia, pod młot poddaje i z niego szyny, szrabiki itd ciągnie.
Śmierć Andrzeja i narodziny córki
Andrzej Krzywaźnia zmarł 22 października 1853 w Kuźnicy Grabowskiej w wieku 39 lat .
 Został pochowany na cmentarzu w Kraszewicach 24 października 1853r. Ceremonię pogrzebową odprawił ks. Paweł Puchałowicz. Grób Andrzeja nie zachował się do dzisiejszych czasów. 
Już po śmierci Andrzeja 30 stycznia 1854 urodziła Apolonia. Świadkami jej aktu chrztu z 5 lutego 1854 roku byli  Bartłomiej Gałka (lat 50) i Marcin Kołaczek (lat 50) gospodarze z Kuźnicy a chrzestnymi wspomniany Bartłomiej Gałka i Marianna Błaszczyk z Sibińskich. Chrztu udzielił ks. Paweł Puchałowicz.
Wdowa po Andrzeju
Józefa wyszła powtórnie za mąż 13 maja 1855 za Szczepana Kochańca, również wdowca gospodarza zamieszkałego i urodzonego w Kuźnicy Grabowskiej. Szczepan był synem nieżyjących Wojciecha i Salomei z Klonów małżonków Kochańców. Z tego związku w 1863 urodził się Andrzej Kochaniec. Józefa powtórnie owdowiała w 1864 gdy zmarł Szczepan Kochaniec. Nie wyszła już kolejny raz za mąż. Sama wychowywała dzieci, których dalszych losów z wyjątkiem Marcina nie znamy.
 Zmarła 14 marca 1889 roku w wieku 70 lat jako wdowa robotnica.

20 sierpnia 2018

Materiały do dziejów ludności żydowskiej na naszym terenie (7)


  1. Getto w Kraszewicach we wspomnieniach kierownika szkoły w Kraszewicach Pana Leona Nalepy
Wieś Kraszewice położona jest nad rzeką Łużycą oraz Strugą Kraszewicką. Ciągnie się na przestrzeni 4 km, od Kuźnicy Grabowskiej do Mącznik i Ostrowa Wlkp. Składa się z 7 części: Podkuźnica, Piaski, Jajaki, Podrenta, Podlas, Podborowie i Kraszewice Poduchowe. Pod koniec okresu międzywojennego w Kraszewicach żyło ponad 2000 mieszkańców.  Wśród tej liczby było 17 rodzin żydowskich (około 100 osób), które ulokowały się w Kraszewicach Poduchownych. Mieli swojego podrabina, który spełniał ich duchowne potrzeby.
           

                       
Na tablicy pamiątkowej w Kraszewicach znajdują się również osoby pochodzenia żydowskiego -
Herszlik  Szmulewicz , krawiec
Przypuszczać należy, że osiedlili się oni tutaj ze względu na to, że Kraszewice położone są z dala od miast. Co miesiąc odbywały się tu duże jarmarki. Przyjeżdżali na nie kupcy z Wieruszowa, Lututowa, Błaszek i Grabowa. Wśród przyjezdnych kupców przeważali Żydzi. Głównym zajęciem rodzin żydowskich w Kraszewicach był handel i drobne rzemiosło. Żydzi założyli: trzy sklepy spożywcze, jeden bławatny oraz skórzany. Niektórzy mieli własne działki ziemi, które dość starannie uprawiali, ale ogólnie rzecz biorąc była to biedota. Do szkoły miejscowej corocznie uczęszczało 10-15 dzieci żydowskich. Jak wspomina nauczyciel Leon Nalepa z dziećmi tymi, jako kierownik szkoły, miał pewne kłopoty, gdyż dzieci narodowości polskiej prześladowały je, a tym samym nie chciały się z nimi bawić, skutkiem czego czuły się obco, bo były traktowane jak intruzi. Zarówno kierownik szkoły, jak i grono nauczycielskie postarali się o to, aby znieść wśród dzieci tę różnicę. Dziewczynki lepiej umiały się zasymilować niż chłopcy. Z czasem nie prześladowano już "parchów" (bo i tak je nazywano) i razem zgodnie bawiono się w czasie przerw. Rodzice dawniej prześladowanych dzieci wyraźnie cenili wysiłki grona nauczycielskiego i pana Nalepy, gdyż do nauczycieli odnosili się bardzo przyjemnie i życzliwie.
            Przed rozpoczęciem II wojny światowej można było zauważyć, że Żydzi nerwowo i niespokojnie szwargotali między sobą. Widocznie słyszeli już o tym, jak Hitler prześladuje ich w swoim kraju. Z chwilą wybuchu wojny szybko zlikwidowali swoje sklepy, oddając je na przechowanie posiadane mienie zaufanym, polskim sąsiadom. Po opanowaniu przez hitlerowców całej Polski Żydów, również kraszewickich, rozpoczęła się gehenna. Najpierw otrzymali zarządzenie, aby wszyscy mężczyźni zgłosili się z odpowiednimi narzędziami do pracy. Nie wolno im było przychodzić w długich szałatach, ani czarnych jarmułkach. Na głowach musieli mieć czarne  kapelusze, a ponieważ takich w domu nie posiadali, więc szukali po całej wsi i wykupowali, często po wysokich cenach. Po paru dniach otrzymywali nakaz zakładania do tych czarnych kapeluszy białe, gęsie pióra. Żandarmi, którzy przyjechali sprawdzić, czy wszyscy są odpowiednio ubrani, głośno śmiali się z widoku cudacznych robotników.
            Żydzi, chociaż rzadko kiedy pracowali fizycznie, teraz wykazywali duże zdolności. Przede wszystkim naprawiali drogi, budowali przy ulicach krawężniki itd. Do tych prac mieli oddany do dyspozycji wóz konny (ale bez koni). Na wozie siedział dozorca z batem w ręku i przynaglał ciągnących i popychających ze wszystkich stron pojazd. Żony tych niewolników musiały czynić różne posługi w urzędach i domach niemieckich. Niezależnie od tego ubiegały się o pożywienie dla siebie, swoich dzieci i ciężko pracujących mężów.
            Po kilku tygodniach żandarmi zabrali Żydom z ich mieszkań pościel i wszystkie wartościowsze przedmioty. Zorganizowano "getto". Wykorzystano w tym celu bardzo dużą plebanię, z której proboszcz już był wywieziony do Dachau, a kościół (największy w całej okolicy) zamknięty. W najobszerniejszych pokojach plebani, z desek przybity na sztorc do podłogi, zrobiono przegrody, w które nałożono słomy do spania. W tak urządzonych koszarach ulokowano wszystkich Żydów. Wyznaczono kierownika (coś w rodzaju sołtysa), który był odpowiedzialny za ład i porządek, a przede wszystkim za stan ilościowy powierzonych mu ludzi.
            Mieszkańcy wsi przychodzili nieszczęśliwym z pomocą przez dostarczenie żywności. Żydzi mieli pieniądze i płacili, ale byli też i tacy ludzie, którzy udzielali chleba bezpłatnie.
            Pewnego dnia zjechało przed plebanię parę ciężarowych, krytych samochodów, w których znajdowali się Żydzi- prawdopodobnie z Działoszyna i Lututowa. Wszystkich wpędzono na plebanię i połączono z miejscowymi Żydami. Następnie polecono ustawić na miejscu swoje paczki i ustawić się w szeregu na dworze.
            Aby móc wszystko obserwować kierownik miejscowej szkoły, wszedł na strych budynku szkolnego, skąd przez okno z odległości 50 m., widział dokładnie cały przebieg tej okropnej operacji. A oto jego relacja:
" Kiedy już wszyscy byli ustawieni, otwarły się drzwi kościoła i na komendę uzbrojonych żandarmów orszak ruszył w tym kierunku. Na twarzach konwojowanych malowało się przerażenie. Jedna z kobiet zaczęła strasznie krzyczeć. Podskoczył do niej żandarm. Kilka uderzeń nahajem po plecach. Zapanowała grobowa cisza. Po twarzach niektórych kobiet płynęły łzy. Wszyscy weszli do kościoła. Drzwi zamknięto. Postawiono przy nich straż. Była godzina wieczorna.
            Mimo swej skrupulatności w tej nieludzkiej operacji, żandarmi nie zauważyli, że oprócz jednych drzwi kościelnych i jednych bocznych, przy których postawili straż, były jeszcze do zakrystii. Drzwi te były zamknięte tylko od wewnątrz dużym hakiem.
            Kiedy zrobiło się zupełnie ciemno, jeńcy otworzyli sobie drzwi z haka i wszyscy młodsi mężczyźni uciekli. Po upływie niespełna godziny wszczął się gwałtowny alarm. Żandarmi z psami i niemieccy osadnicy tzw. "szwarcmerzy" biegali, szukali, świecili na drzewa - nikogo nie znaleźli. Szukali rano na drugi dzień- na próżno.
            Hitlerowcy ogłosili, że o ile uciekinierzy nie zgłoszą się w tym samym dniu najpóźniej do godziny dwunastej, wówczas wszyscy ludzie, którzy pozostali w kościele, będą rozstrzelani. Groźba poskutkowała. Wrócili. Widocznie tak nakazywała ich solidarność.
            Po południu przed kościół zajechało kilka ciężarówek nakrytych plandekami. Getto w Kraszewicach miało być zlikwidowane. Przed bramę cmentarza kościelnego podjeżdżały samochody. Z kościoła, w asyście prężących się żandarmów, snuły się zgnębione postacie ludzkie w kierunku wozów, na które trzeba było z trudem wdrapywać się, gdyż klapa tylna nie została opuszczona. Obok stało dwóch drabów z nahajami w rękach: kto nie mógł od razu wejść spadały na niego okropne ciosy. Gorzej było z kobietami. Przy tej operacji znalazł się również komisarz gminy nazwiskiem Weber, który miał opinię dobrego człowieka. On chwytał kobiety i dzieci za ręce i pomagał im wgramolić się na samochód:, w ten sposób oszczędzał ofiarom ciężkich ciosów.
            W trakcie kiedy odbywało się ładowanie ludzi do ciężarówek, od strony młyna, dwóch żandarmów prowadziło białego od mąki Lipszyca, okładając go nahajami. Żyd ten był zatrudniony u Niemca w młynie. Mniemał widocznie, że skoro pracuje u Niemca, który był jednocześnie sołtysem wsi,- ominie go los rodaków. Pomylił się. Gdy wchodził do wozu, jeszcze spadały mu na plecy razy, od których tumany kurzu unosiły się w powietrzu. Oprawcy zarechotali śmiechem"
            Tak więc samochody wypełnione bardzo szczelnie ludzkimi istotami odjechały.
W parę minut po odejściu transportu, na plebani rozległy się dwa strzały. Wszyscy byli ciekawi, co one miały znaczyć. Okazało się później, że zostały zastrzelone dwie żydowskie dziewczyny, które ukryły się pod sceną w sali widowiskowej. Żandarmi je znaleźli, wyprowadzili na podwórze i natychmiast zabili.

Źródło: na podstawie maszynopisu p. Leona Nalepy – archiwum szkolne) 
opracowanie elektroniczne Jerzy Krzywaźnia